2026.06.17 Odpust parafialny – liturgiczne wspomnienie św. Brata Alberta Chmielowskiego








MAŁY KOŚCIÓŁ LOKALNY
Tygodnik katolicki Niedziela nr 27/5.07.2026
Taką uroczystość raz w roku obchodzi każda parafia – każda w innym terminie. To dzień, w którym czci się głównego patrona parafii, czyli jest to – popularnie mówiąc – odpust. Dobry czas na refleksję o swoim Kościele lokalnym.
Tak było niedawno w parafii św. Brata Alberta Chmielowskiego w Szczecinie na Głębokim. Było uroczyście i zwyczajnie, słonecznie i niezbyt gorąco – czyli akurat. Mszę św. odpustową odprawił ks. abp Wiesław Śmigiel, było to jego pierwsze spotkanie z parafią na pięknych peryferiach Szczecina. Po liturgii na dziedzińcu przez wiele godzin odbywało się przemiłe spotkanie sąsiadów i gości z zewnątrz, Pasterz Diecezji towarzyszył zebranym przez cały czas, każdy mógł z nim spokojnie porozmawiać. Sąsiadki przygotowały moc wspaniałych potraw i ciast, zebrani nie mogli się im nachwalić. Wiem, sam kosztowałem. Termin odpustu jest stały, od lat uczestniczą w nim osoby biedniejsze ze Szczecina i okolic i są zawsze bardzo serdecznie przyjmowane. W końcu parafia na Głębokim ma szczególnego patrona, czegoś by brakowało w kulcie św. Brata Alberta, gdyby w dniu jego święta na wieczerzy brakowało tych, których kochał szczególnie mocno.
Parafia na Głębokim powstała we wrześniu 1985 roku, przedtem wiernych z osiedla obsługiwali księża z parafii Świętej Rodziny. Parafia jest malutka, w Szczecinie chyba najmniejsza, ale wyjątkowo piękna. Nie tylko dlatego, że w obrębie parafii znajduje się całe jezioro Głębokie i okoliczne fragmenty Puszczy Wkrzańskiej, ale także ze względu na piękną architekturę wielu domów i kwitnące wiosną leśne ogrody. Proboszczowie zmieniają się dość często, w ciągu 41 lat było ich już siedmiu. O każdym z nich można powiedzieć, że był zbyt krótko, chciałoby się cieszyć nimi dłużej, każdy z nich pozostawił po sobie ważny ślad.
Z szacunkiem i dumą można patrzeć na świeckich tego malutkiego Kościoła lokalnego. Malutki, ale stać go było, by z własnych składek zbudować i wyposażyć świątynię. Kościół i jego wyposażenie powstały bez żadnych zewnętrznych dotacji. I w dużej mierze własną pracą fachowców z osiedla. Projekt budynku kościelnego został niejako narzucony z góry (albo weźmiecie ten projekt, albo nie będzie zgody na budowę – takie były czasy, to jeszcze końcówka PRL), ale w miarę możności został przez parafian (na czele z proboszczem) dostosowany do lokalnych potrzeb. Pani Krystyna, architekt, przeforsowała zmiany architektoniczne i zaprojektowała piękny, modrzewiowy strop. Pan Andrzej, znakomity stolarz, wykonał wygodne modrzewiowe ławki i drzwi do kościoła, pan Marek od czterdziestu lat dba o elektrykę, pan Rajmund zaprojektował nagłośnienie, a jego syn Wojciech namalował portret św. Brata Alberta (kopia obrazu Leona Wyczółkowskiego), pani Westyna podarowała własnoręcznie namalowane kopie Jasnogórskiej Ikony i obrazu „Ecce Homo” autorstwa św. Brata Alberta Chmielowskiego, pan Dariusz przez kilkadziesiąt lat w każdą niedzielę i święto wolontariacko grał na organach. Długo można by jeszcze mówić o innych osobach, o paniach i panach, którzy do kwitnącego stanu doprowadzili ogród wokół kościoła, o paniach organizujących pracę charytatywną, o siedmiu nadzwyczajnych szafarzach Eucharystii, którzy zanoszą Pana Jezusa chorym i starszym. W czasie liturgii nigdy nie brakuje czytających Słowo Boże i ministrantów (choć najczęściej są to starsi panowie).
Taki lokalny Kościół, nie sądzę, by był jakoś nadzwyczajny, myślę, że wiele jest takich dobrych parafii. Równocześnie jest to Kościół lokalny, przed którym stoi wielkie zadanie – i znowu tak jak wszędzie. Bo nie ma co ukrywać: większość mieszkańców osiedla, a zatem parafian, w kościele raczej się nie pojawia. A to dobrzy sąsiedzi, bardzo fajni ludzie. I jakoś jesteśmy do nich posłani, także my, świeccy, nie tylko ksiądz. Posłani z uśmiechem szacunku i przyjaźni, z jakimś wyrazistym znakiem, że ten Kościół lokalny z Panem Jezusem jest i czeka. Wszystko w pełnej wolności, bez narzucania czegokolwiek, raczej ze słuchaniem niż mówieniem.
Przemysław Fenrych
